Wolontariat Bereniki- zaproszenie dla niezdecydowanych

SAM_6946(1)

Nasza pierwsza w tym roku wolontariuszka na Monte del Gozo, Berenika, napisała co słychać w naszym ulubionym schronisku:

„Wreszcie zebrałam sie, zeby napisac nieco wrażeń z wolontariatu. Pierwsze dni przywitaly mnie typowo deszczowa galicyjską pogodą, także mialam mozliwość wybrać się do św. Jakuba. Wracajac pozdrawiałam przemoczonych pielgrzymów idących mi na przeciw ku Santiago. 2 maja, w święto flagi – na Monte do Gozo zawitały obok hiszpańskich, biało-czerwone kolory na maszcie.
Nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzien. W zeszłą sobote, kiedy myslałam, że pielgrzymi już nie przyjdą, pod wieczor do drzwi zapukali zbłąkani i bardzo zmęczeni wędrowcy. Pierwszy okazał się księdzem z Madrytu. Kiedy zapisywał swoich współtowarzyszy w książce, zobaczyłam, że większość jest Hiszpanami, jeden Kolumbijczyk i jeden Rumun – w sumie dziewięciu chlopa. Z radoscia zakwaterowali sie w albergue i zapytali, czy moga odprawić Mszę świętą w kaplicy. . Tak sie złożyło, że tego wieczoru samotnie trwalam na posterunku. Po konsultacjach z o. Romanem przynioslam im hiszpański lekcjonarz i wprowadziłam do kaplicy. Pięknie sie modlili i śpiewali, a ja zastanawiałam się, że pewnie musza byc mocno głodni po tej całodniowej wędrówce. Kiedy wyszli z kaplicy poprosili o oliwę i mleko. Powiedzieli, że mają do tego ciasteczka i to bedzie ich dzisiejszy obiad. Uslyszałam w głowie ¨glodnych nakarmić¨ i zaproponowalam, że im przyniosę coś jeszcze do albergowej kuchni. Podgrzalam to co zostalo z obiadu i zaniosłam. Byli przeszcześliwi. Kiedy wrócili nasi ojcowie, musialam ich przeprosić, że nie mamy kolacji, bo nakarmilam biednych pielgrzymow. Zrobilismy jajecznice z ostatnich jajek i pomidorow, ktore miały być na niedzielny obiad. Byla z tego wszystkiego kupa smiechu i dostalam ksywkę ¨Robin Hood¨, który bogatym ksieżom zabiera wieczerzę a oddaje ją biednym pielgrzymom;) W tym tygodniu przyjechali też do nas polscy rowerzysci z Czechowic – grupa w sumie 8 osobowa, jechali z Saint-Jean-Pied-de-Port, zostali przez dwie noce, a potem pojechali przez Lourdes z powrotem do Polski. Przesympatyczni ludzie, byli zachwyceni naszym Centrum. Codziennie przychodza nowi pielgrzymi, każdy z nich ma swoją niezwykłą historię. Wielu z nich ma potrzebe sie wypowiedzieć – porozmawiać, więc to doświadczenie bycia tutaj jest na prawde niezwykłe i szczerze wszystkim polecam, zwłaszcza tym, ktorzy nie mogą się zdecydowac! Jestem tu troche ponad tydzien, a wydarzyło sie tyle, że mam wrażenie jakby minęło o wiele więcej czasu, a po wysłuchaniu pielgrzymow, to jakbym sama właśnie przeszła Camino;)
Tyle przypomina mi sie tak pokrótce, choć z pewnością mogłabym napisać więcej i obszerniej, także będę uzupełniać tą relację.