Wspomnienie o Monte do Gozo

Witajcie Przyjaciele Camino!

W dniach 15.05- 31.05.2011 roku miałam szczęście i radość być wolontariuszką w Centro Europeo de Peregrinacion y Pastoral Juvenil Juan Pablo II na Monte do Gozo. Teraz jestem już w Polsce i z dystansu patrzę na tamten czas i moją służbę.
Jak pisała moja poprzedniczka- Marta w połowie maja na camino, a więc i w naszym albergue, zaczęło pojawiać się coraz więcej pielgrzymów, co sprawiało mnie jako wolontariuszce radość, gdyż moja obecność na Monte do Gozo i praca stały się bardzo potrzebne:).

Pewnie jesteście ciekawi jak wygląda dzień z życia wolontariusza…

Pobudka- według uznania i indywidualnego czasu porannego „rozruchu”.
8.30- wspólne śniadanie.
Od ok. 10.00 do 12.00 a czasem dłużej, co zależy od liczby użytkowników i aktualnej kondycji wolontariusza- sprzątanie albergue, kuchni dla pielgrzymów, łazienek polowych używanych przez tychże. A konkretniej: ścieranie kurzu, zamiatanie, przypominanie pająkom i innym wielonożnym stworom, że mają mieszkać na zewnątrz (np. poprzez wynoszenie z powrotem na łąkę cykad), szorowanie czego się da w łazienkach, pochylenie się ze szczotką nad muszlą wc, taniec standardowy z mopem, odnawianie zasobów papieru toaletowego, pomoc kubkom, talerzom i garnkom w powrocie do właściwych szafek…Ot taka pokorna praca jaką jest sprzątanie po innych ludziach i dla innych ludzi.
Po sprzątaniu- dyżur hospitalero: przyjmowanie napływających pojedynczo lub w większych grupkach pielgrzymów- witanie ich, stemplowanie credencjałów, dbanie, aby uwiecznili swoje dane w księdze, objaśnianie topografii terenu- czyli co i gdzie się znajduje, zapraszanie na mszę świętą i wieczorną zupę.

Lokowanie peregrinos może być ciekawą przygodą wówczas, gdy np. pielgrzym przychodzi z osłem (na zdjęciu oślica Praline), albo z pokaźnym psem rasy mastif neapolitański (52 kg żywej masy) o dumnym imieniu August, dla którego ustawia osobny namiot:). Albo też opowiada, jak przejechał setki kilometrów na poczciwym składaku (Romek na romecie- na zdjęciu), udowadniając, że to my sami stawiamy sobie ograniczenia mówiąc np.: „Nie wyruszam w drogę, bo nie mam…”.

14.00- smaczny obiad ugotowany przez Algenes, a po nim dalsze oczekiwanie na zdążających do Santiago, no i gotowanie zupy na wieczór.

Nazwę i skład zupy określa sam wolontariusz w oparciu o własne zdolności kucharskie, dostępne produkty (jeśli pomyślał o tym wcześniej, zamówił to, co o istocie zupy będzie stanowiło), posiadane przyprawy, no i fantazję. Co do kulinariów- ciekawostka dla nas Polaków: okazało się, że w Hiszpanii nie można kupić korzenia pietruszki i selera, najzwyczajniejszej kiełbasy, kaszy, no i co mnie ogromnie zmartwiło niełatwo dostać majeranek! Ja przywiozłam z kraju zakwas na żurek no i kiszoną kapustę, więc pod hiszpańskim niebem zagościły polskie smaki. Peregrinos zawsze pytali, czy przyrządzona zupa jest polska:)… gdyby nie była, pozostaje odpowiedź: „ It’s the international soup”:)

Gdyby wolontariusz po gotowaniu się nudził, może zawsze poprosić o dodatkowe zadanie lub sam je sobie znaleźć. Na terenie Centro jest sporo grządek do pielenia:)
19.30- możliwość uczestniczenia we mszy św. w Kaplicy św. Marka (św. Marka Pielgrzyma- sami zobaczcie na zdjęciu, że figura świętego ma przewieszone przez rękę buty; trochę mu niewygodnie, bo w tej samej ręce ma pióro, którym właśnie spisuje Ewangelię; trudno- na trasie camino wszyscy są peregrinos)
20.30- serwowanie zupy dla pielgrzymów i wspólny posiłek powiązany z długimi i ciekawymi rozmowami, dzieleniem się przeżyciami z drogi. Rozmowy te są prowadzone zazwyczaj w kilku językach jednocześnie, co jednak zasadniczo nie ma znaczenia. Znaczenie ma uśmiech, chęć porozumienia, spędzenia razem czasu.

O zachodzie słońca (w czasie mojego pobytu miał on miejsce ok 22.00) warto wybrać się do pomnika dwóch pielgrzymów, aby zobaczyć jak zapada zmrok nad Santiago i wyszukać wśród oświetlonych budynków sylwetki wież Katedry i powiedzieć „Buenas noches” św. Jakubowi.

Na Monte do Gozo odnalazłam (zgodnie z nazwą wzgórza- Góra Radości) właśnie radość, a także siłę i spokój, jakie daje codzienna Eucharystia i modlitwa, prostotę życia i pracy, piękno przyrody… Odkryłam ponownie, że do porozumienia i kontaktu z drugim człowiekiem nie jest potrzebna znajomość języka, a otwarte serce, gest życzliwości i uśmiech…Nie trzeba nawet poznać imienia drugiej osoby, ani wiedzieć, czym się zajmuje w codziennym życiu, by być tak blisko niej i jej przeżyć!

Podczas wolontariatu uczyłam się również zaufania, że wszystko, co najlepsze dla mnie właśnie teraz otrzymuję od Boga.

W moim sercu trwa wzruszenie i wdzięczność. Dziękuję Panu Bogu, że zostałam obdarowana czasem radości, prostoty, zachwytów przyrodą i ludźmi…, że mogłam na chwilę zatrzymać się w swoim życiu, zobaczyć ponownie, co jest dla mnie ważne.
Dziękuję o. Romanowi za zaufanie i przyjęcie do tej małej wspólnoty, dzielenie się wiarą i ciekawe rozmowy, pokazanie piękna i specyfiki Galicji, o. Alfonso za pogodny uśmiech, cierpliwość w próbach porozumiewania się w języku angielskim i piękną grę na gitarze, Angeles za smaczne obiady i ciepłe spojrzenie, Ani i mojej poprzedniczce Marcie za współpracę oraz pomoc. Pozwólcie, że podziękuję także Pukowi i Pinowi (czworonożni, szczekający mieszkańcy Centro) za chwile uśmiechu i zabawy.

Pozdrawiam wszystkich Was, którzy gościliście w naszym albergue, i których miałam radość tam witać! Pamiętam Wasze twarze, imiona, rozmowy z Wami…
Przyszłym wolontariuszom, którzy w tym roku wybiorą się do Centro życzę otwartości, na to, co przyniesie Wasz czas służby, na dary jakie sami dając, hojnie otrzymacie!

Agnieszka

Zobacz też :

  • Witajcie serdecznie o bardzo długiej przerwie. Żałuję, że nie pojawia się tu wiele informacji, dlatego zanim przejdę ...

  • Podobnie jak w roku 2010, Stowarzyszenie "Przyjaciele Dróg Świętego Jakuba w Polsce" organizuje wolontariat caminowi ...

  • Niespełna trzy tygodnie, które spędziłam jako wolontariuszka na Monte do Gozo, były pięknym i niezapomnianym doświ ...

  • Witajcie na nowej stronie "Polskiego albergue". Wkrótce zapełnimy ją informacjami dla pielgrzymów i wolontariuszy. ...

This entry was posted in Z życia albergue and tagged , . Bookmark the permalink.

Comments are closed.